Dżungla

Temperatura rośnie

Nazajutrz rano wyruszaliśmy do Manaus. Miasto oddalone jest od Sao Paolo o około 4 godziny lotu. Ma ponad milion mieszkańców, jest położone nad Amazonką i otoczone ze wszystkich stron tropikalną dżunglą. Turyści odwiedzają je głównie ze względu na fakt, że w mieście pełno jest biur podróży organizujących wypady do puszczy.

Po wyjściu z samolotu w Manaus uderzyła nas fala gorąca. Powietrze jest tutaj wilgotne i duszne. Nasze plecaki zostawiają momentalnie mokre ślady na plecach. Z lotniska odbiera nas Vincent – właściciel biura podróży, w którym zarezerwowaliśmy wypad do dżungli.

manaus01manaus02manaus03manaus04

Pierwszą noc spędzamy w jednym z hoteli wykorzystując czas na przepakowanie bagażu i odpoczynek. Zjadamy pierwszą porcję Malarone – tabletek przeciwko malarii. Następnego dnia rano – ruszamy przecież w dzicz.

 

Jungle, welcome to the jungle

Naszymi przewodnikami po buszu będą Rambo i Tarif. Ten pierwszy – na oko już dobrze po 60-tce – już na samym początku sprawia wrażenie człowieka nie do zdarcia. Widać, że do dżungli wybiera się co najmniej tak, jak my do supermarketu – minimum dwa razy w tygodniu. Tarif jest z kolei młodszy od nas, pochodzi z Arabii Saudyjskiej i doskonale mówi po angielsku. Kiedyś przyjechał zobaczyć dżunglę i pozostał w Manaus, pracując jako przewodnik. Obaj wyglądali tak, jakby właśnie wybierali się do piekarni po bułki. Zapomnijcie o strojach rodem z Indiany Jonesa albo „Survivor man”. Prawdziwi twardziele chodzą po dżungli w klapkach. Czasami nawet bez nich. Nie sztuką jest bowiem nie dać ugryźć się tarantuli – sztuką jest dać się ugryźć i znieść to z godnością.

My jednak przed wyjazdem z Polski zakupiliśmy ciężkie „traktory”.

Dwoma samochodami podjechaliśmy do przystani. Przy brzegu stał prom, którym przeprawiliśmy się w szóstkę na drugą stronę Rio Negro. Po drugiej stronie rzeki, na lokalnym bazarze nasi przewodnicy zrobili podstawowe zakupy, które pozwolą nam przeżyć w dziczy – paleta jaj, kurczaki, ryż, owoce… i najważniejsze – dwa dwudziestolitrowe baniaki wody. Po zakupach wsiedliśmy do jeepów, którymi zawieziono nas nad jedno z dorzeczy Rio Negro. Na brzegu stało wąskie i długie czółno – nasz główny środek transportu przez najbliższe 6 dni.

dzungla03dzungla04dzungla05dzungla06

Do czółna zamontowany był silnik spalinowy, dzięki któremu przemierzaliśmy dorzecza w dość żwawym tempie. Mimo szybkiego tempa podróży, spędziliśmy na łódce kilka godzin. Do przepłynięcia było wiele kilometrów. Siedzieliśmy zafascynowani widokami i rozkoszowaliśmy się chwilą, na którą czekaliśmy od lutego. Słońce piekło niemiłosiernie, jednak niezrażeni wystawialiśmy dziarsko nasze blade twarze w jego stronę. Drewniane czółno od czasu do czasu nabierało wody, a Rambo raz na jakiś czas wybierał ją ze środka naszej łupinki za pomocą obciętej plastikowej butelki.

Mniej więcej w połowie drogi zawinęliśmy do baru, mieszczącego się w drewnianej chatce na palach. Zamówiliśmy zimną oranżadę z guarany. Złotawy płyn okazał się napojem bogów, smakował doskonale na tarasie baru, pośrodku zupełnie niczego. W kolejnych dniach przepływaliśmy koło baru prawie co dzień i za każdym razem wstępowaliśmy na zmrożoną guaranę. Albo byliśmy tam jedynymi gośćmi, albo mieliśmy szczęście – za każdym razem trafialiśmy do pustego lokalu.

Późnym popołudniem dotarliśmy do wynajętej chatki w dżungli. Po doskonałym obiedzie przyrządzonym przez właścicielkę schroniska rozłożyliśmy się na chwilę na hamakach. To najbezpieczniejszy sposób spania w dżungli. Hamak prawidłowo przykryty moskitierą stanowi doskonałe zabezpieczenie nie tylko przed insektami, ale również przed pająkami i innym niepozornym maleństwem, z którym raczej nie chcieliśmy się spotkać. W hamaku należy leżeć na plecach, a moskitiery dotykać jedynie przez jego materiał - w przeciwnym razie siatka przeciwko owadom nie spełni swojego zadania. Osoby, które śpią zazwyczaj na boku, muszą się chwilę przyzwyczaić, jednak leniwe bujanie hamaka niesamowicie uspokaja. Z błogiego lenistwa wyrwał nas Rambo – wsiedliśmy do łódki i wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy.

Rambo i Tarif nieustannie wypatrywali na drzewach leniwców. Po kilkudziesięciu minutach – udało się! Podpłynęliśmy pod upatrzone przez przewodników drzewo. Leniwiec został z niego dosłownie strząśnięty, tak samo, jak w naszej części świata strząsa się z drzew gruszki. Leniwce są strasznie powolne. Serce bije im ponoć do 6 razy na minutę wtedy, gdy są rozzłoszczone. Mają jednak strasznie długie i ostre pazury, z których robią dobry użytek. Osobnik, którego trzymaliśmy w rękach tak mocno złapał się siedzenia na łódce, że ciężko było go odczepić. Po sesji zdjęciowej, którą mu urządziliśmy, w zadziwiającym jak na leniwca tempie udał się z powrotem na drzewo. Niedługo potem w innym miejscu widzieliśmy jeszcze spadającą z drzewa iguanę.

dzungla09dzungla10dzungla11dzungla12

Słońce powoli chowało się już za horyzont, my jednak skręciliśmy jeszcze do wioski, w której żyło jedno z indiańskich plemion. Mimo, że mają kontakt z cywilizacją chociażby poprzez przypływających do wioski przewodników wycieczek, wydaje się, że wiodą dość prymitywne życie. Są jednak przygotowani na odwiedziny turystów – wioska urządzona jest trochę jak skansen, funkcjonuje w niej również indiański stragan z rękodziełem. Nie mamy pewności, czy to co nam pokazywano, to prawdziwe, indiańskie życie. Nie ma to jednak znaczenia, trudno bowiem wyobrazić sobie, żeby ci wszyscy Indianie wracali na noc do miasta. To oznacza, że żyją w tej wiosce, mają swoją tradycję, medycynę naturalną i stosunkowo prymitywne narzędzia. Nie mają prądu, ciepłej wody, gazu. Łapią węże i inne dzikie zwierzęta. W tym sensie z pewnością byli prawdziwi.

dzungla13dzungla14dzungla15dzungla16

Nim wróciliśmy do łódki zrobiła się już noc – idealna pora na wypatrzenie kajmana. Rambo pozostał w indiańskiej wiosce, my zaś wracaliśmy z Tarifem i jeszcze młodszym od niego pomocnikiem. Wszyscy omiatali latarkami brzeg wypatrując błyszczących par oczu. Za każdym razem próbowaliśmy podpłynąć do kajmanów, ale żadnego z nich nie udało się Tarifowi złapać. Był strasznie zawzięty, w jednym miejscu zszedł nawet boso na ląd, czym wzbudził w nas mieszaninę podziwu dla jego odwagi i dezaprobaty dla szaleństwa. Jak się okazało – nie bez powodu. Coś ugryzło go w brzuch powodując dziwną wysypkę. Tarif, muzułmanin, skwitował to krótkim: „Wszystko w rękach Allacha”. Allach jednak także i tym razem okazał się dla niego łaskawy.

Łódź pod pływała bardzo blisko gałęzi, z których co i raz spadały na nas niepozorne pająki. Przy każdej ich wizycie w naszej łódce Tarif instruował nas, byśmy przypadkiem nie dali się im ugryźć. „Because you’ll get stoned”, jak się wyraził. Nikt z nas nie chciał sprawdzić, co to mogło znaczyć. Sytuacja zrobiła się poważna jednak dopiero, gdy do łódki wpadł pająk wielkości dłoni. Był szybki i dopiero wiosłem udało się go zneutralizować. Gdy piszę te słowa, Tarifowi pozostało jeszcze sześć lat pecha.

Wróciliśmy do naszej chatki. Na ścianie nad naszymi plecakami spotkaliśmy kolejnego ośmionogiego towarzysza. Nie należy ich jednak zabijać, ponieważ zapach przyciąga kolejne pająki. Zdziwiliśmy się, jak łatwo jest zasnąć z takim sąsiadem w pokoju. Może to kwestia moskitiery, a może wrażeń, których tego dnia mieliśmy pełno.

 

Na ryby

Kolejne przedpołudnie upłynęło nam na łowieniu piranii. Dostaliśmy wędki oraz mięso kurczaka, które służyć miało za przynętę. Jedyną rybę tego dnia złowił Rambo, w kolejnych dniach sztuka ta udała się także Michałowi i Mateuszowi.

Przepis na złowienie piranii jest prosty: przede wszystkim trzeba narobić troszkę „zamieszania”. Po wrzuceniu krwistej przynęty najlepiej energicznie zamącić wodę końcówką wędki, co ma imitować szamoczącą się ofiarę. Wędkę ze zdobyczą trzeba zdecydowanie wyciągnąć z wody, w przeciwnym razie pirania uwolni się z haczyka. Warto przy tym uważać, aby nie uderzyć wędką (lub co gorsza – zdobyczą) sąsiedniego wędkarza. Brzmi prosto? Wcale takie nie jest. Dwukrotnie spędziliśmy na łódce po kilka godzin mocząc nasze prowizoryczne wędki. Jedni łapali piranie, inni depresję.

Po południu udaliśmy się do przystani, w pobliżu której można pływać z różowymi delfinami rzecznymi. Do Rio Negro wchodziliśmy nie bez oporów, mimo zapewnień Tarifa, że delfiny żywią się piraniami i tam, gdzie są delfiny - nie ma piranii. Po drugie obawialiśmy się trochę rzecznej flory bakteryjnej. Ostatecznie jednak okazało się, że niepotrzebnie.

dzungla20dzungla21dzungla22
 

Noc pod gołym niebem

Następny dzień na długo pozostanie w naszej pamięci. Dotarliśmy czółnem w głąb buszu. Zeszliśmy na ląd i przedzierając się przez gąszcz rozpoczęliśmy poszukiwania miejsca na nocleg pod gołym niebem.

Każdy z przewodników dysponuje maczetą, którą toruje sobie drogę. Ich wprawne oczy zapewne dostrzegają ślady poprzedników. Dżungla jednak bardzo szybko zaciera szlaki, toteż wszystkie ścieżki są słabo widoczne. Wkrótce jednak odnaleźliśmy przerzedzenie między drzewami, z udeptaną ściółką i zgaszonym paleniskiem. Ktoś tu wcześniej nocował, można więc sądzić, że jest to w miarę bezpieczne miejsce na nocleg.

Wspólnymi siłami rozwiesiliśmy hamaki i nazbieraliśmy drewna na ognisko (znalezienie suchych gałęzi w dżungli wbrew pozorom nie jest takie proste), a z folii i liści zbudowaliśmy niewielki daszek na bagaże na wypadek deszczu. Pogoda zmienia się tam z minuty na minutę i krótkie, acz ulewne deszce są normą. Jeden z takich deszczy rzeczywiście spadł po południu, jednak dżungla sama w sobie tworzy tak gęsty dach, że do ziemi nie dociera prawie żadna kropla.

Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na zwiad okolicy. Po drodze Tarif opowiadał nam o napotkanych roślinach i owadach. Dżungla to tak naprawdę wielka apteka, salon kosmetyczny i restauracja w jednym – trzeba tylko nauczyć się rozpoznawać rośliny, które mogą nawet pomóc uratować życie. W niektórych drzewach znajdują się duże zapasy wody, inne pomagają na malarię, odstraszają komary, a w jeszcze innych żyją bogate w białko larwy. Są dziwne w smaku i pozostawiają tłustawy i cierpki posmak.

27282930

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i zrobiliśmy użytek z kurczaków – posmarowanych tylko z wierzchu masłem, a przyprawionych liśćmi dodanymi do ognia. Pyszne.

Ogień powoli dogasł w ognisku i nastała ciemność. Tarif opowiedział nam kilka historii o plemionach kanibali. Zapakowaliśmy się do hamaków i wsłuchiwaliśmy w odgłosy. Chyba nigdy przedtem nikt z nas nie był tak bardzo niepewny poranka.

31323334
 

Pająki już nam mniej straszne

Liczebność naszej wycieczki nie zmieniła się po nocy spędzonej pod gołym niebem. Po śniadaniu wyruszyliśmy na kolejny marsz. Tarif chciał pokazać nam tarantulę. Udało się – wypłoszył ją z norki za pomocą liścia. Tarantula jest wielkości dłoni i podobno jej ugryzienie nie zagraża życiu, jest za to potwornie bolesne. Dużo groźniejsze są natomiast małe pająki – czarne wdowy czające się pod liśćmi.

36373839

Czarna wdowa jest wielkości paznokcia. Po ukąszeniu pozostaje podobno tylko kilkadziesiąt sekund życia. Próbowaliśmy zagadać Tarifa na ten temat, ale stwierdził w odpowiedzi, że on nie chce kłopotów i że stara się nie zabierać wycieczek w miejsca, w których mogą znajdować się czarne wdowy. Odrobinę podniosło nas to na duchu.

Wieczorem przepływaliśmy ponownie koło baru. Z wystawionych głośników na całą okolicę rozbrzmiewała muzyka. Siedzieliśmy na tarasie racząc się guaraną. Rozegraliśmy mecz w piłkę nożną z miejscowymi dziećmi. Dwuosobowa reprezentacja studentów z Polski wygrała z kilkunastolatkami z Brazylii 2-1. Prawdę mówiąc, zachowaliśmy się trochę podstępnie i po strzeleniu zwycięskiej bramki oznajmiliśmy, że musimy wracać do baru. Tak czy siak, zwycięstwo Polaków nad Brazylią w piłce nożnej powinno przyprawić o dumę każdego kibica.

Następnego dnia w drodze powrotnej z dżungli zwiedziliśmy jeszcze jedną indiańską wioskę oraz dopłynęliśmy łodzią w miejsce, gdzie Rio Negro łączy się z Solimoes – od tego miejsca dwie rzeki tworzą razem Amazonkę. Prędkość przepływu łączących się rzek jest różna, przez co wody nie mieszają się zaznaczając wyraźną granicę, która ciągnie się kilometrami.

42434445

Czytaj dalej: Salwador

 


022.jpg