Rio de Janeiro

Rio po raz drugi

Z Recife do Rio lecieliśmy dwoma samolotami. Michał, Ula i Gosia mieli trochę inną taryfę biletową ze względu na dodatkowe loty, które odbyli do Brasilii. Spotkaliśmy się w hostelu w Rio, tym samym, w którym nocowaliśmy z Mateuszem i Rafałem przed ponad tygodniem. Mieścił się przy bardzo stromej ulicy, kilkaset metrów od słynnej plaży Copacabana.

W Rio mieliśmy spędzić dwa dni. W trakcie pierwszego pobytu podchodziliśmy do miasta z dużą nieufnością. Wartościowe rzeczy zostawialiśmy zazwyczaj w hotelu – począwszy od paszportów, przez większe zapasy gotówki a na aparatach skończywszy. Za drugim razem podeszliśmy do miasta już z większym zaufaniem. Stwierdziliśmy, że trzeba jednak mieć ze sobą aparat, poza tym byliśmy w dość dużej grupie.

Pierwszego dnia zwiedziliśmy kawałek centrum, wjechaliśmy kolejką linową na charakterystyczną skałę – Kostkę Cukru, skąd roztacza się niesamowity widok na miasto. Jak na dłoni widzieliśmy Copacabanę i Ipanemę, rozległe centrum, bogate wille nad zatoką, biedne fawele w pozostałej części miasta. Słońce piekło niemiłosiernie od północnej strony. Zjechaliśmy na dół i udaliśmy się w stronę Corcovado – góry ze słynnym posągiem Chrystusa Zbawiciela. Po drodze trochę pobłądziliśmy po mieście, ostatecznie jednak trafiliśmy na szczyt o idealnej porze – tuż przed zachodem słońca. Siedzieliśmy na szczycie dobre dwie godziny robiąc zdjęcia i podziwiając panoramę miasta po raz drugi tego dnia.

0102030405060708
 
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Fawela Rocinha

Na kolejny dzień zamówiliśmy wycieczkę do największej dzielnicy slumsów w Rio – faweli Rocinha. Nie warto zapuszczać się tam na własną rękę. Wycieczki organizowane są w większości hosteli, a obecność przewodnika gwarantuje bezpieczeństwo. Biura wycieczkowe prawdopodobnie muszą opłacać się lokalnym bossom, niemniej jednak robią przy tym dużo dobrego. Z pozostałej części uzyskanych w ten sposób funduszy prowadzone są bowiem w fawelach szkoły, a także ośrodki dla dzieci, w których organizuje się im wolny czas.

Wyruszyliśmy spod hostelu busem, zabierając po drodze kilkunastu turystów z innych miejsc Rio. Zamieszkana przez ponad 300 tys. osób Rocinha położona jest w dużej dolinie, otoczonej z trzech stron wzgórzami. U wejścia do dzielnicy przesiedliśmy się na motocykle. Krętymi drogami, w błyskawicznym tempie pięliśmy się w górę.

W fawelach króluje mafia. Życie w nich kręci się wokół handlu narkotykami, porachunków między gangami, rozbojów, kradzieży i innych konfliktów z prawem. Fawela jest jak stygmat. Nawet, jeżeli nielicznym mieszkańcom udaje się znaleźć uczciwą pracę poza Rocinhą, to mają znacznie mniejsze szanse na awans – zarówno zawodowy, jak i społeczny. Mimo ogromu pracy u podstaw, jaką wykonują organizacje charytatywne i wolontariusze (zazwyczaj są nimi ci, którym udało się wyrwać z faweli), musi upłynąć jeszcze dużo czasu, by wyrównały się możliwości i życiowe perspektywy.

Im wyżej i dalej od wjazdu do Rocinhi, tym wyższy status mieszkańców w mafijnej hierarchii. Bosowie mieszkają na szczycie. Dzięki temu mają mnóstwo czasu, by otrzymać ostrzeżenia o wchodzących do faweli oddziałach BOPE - Batalhão de Operações Policiais Especiais, elitarnych oddziałów żandarmerii wojskowej, siejących postrach nawet w takich miejscach. Jednostka została założona w latach 70 ubiegłego wieku i przez ponad trzydzieści lat swej działalności zasłużyła sobie na miano najbardziej bezwzględnych oddziałów w Ameryce Łacińskiej. BOPE walczy z gangami wszelkimi dostępnymi środkami – żołnierze są szkoleni do walki w wąskich uliczkach slumsów, strzelają, by zabić i nie zadają pytań. Wieści o wejściu oddziałów do faweli rozchodzą się w jej głąb poprzez wystrzeliwanie rac.

01020304

Przewodnik uprzedził nas wcześniej, by zachować ostrożność, gdy spotkamy osoby z bronią zatkniętą za pas. Nie należy im robić zdjęć, najlepiej odsunąć się z drogi i nie zwracać na nich szczególnej uwagi. Siedząc w busie, potraktowaliśmy te słowa trochę z dystansem, niedowierzając raczej, że spotkamy uzbrojonych gangsterów. Szybko jednak okazało się, że w faweli broń nosi niemal każdy. W trakcie przemierzania Rocinhi największe wrażenie zrobiło na nas dwóch osiłków, z których jeden niósł na ramieniu duży worek, drugi natomiast miał zatknięty za pas pistolet maszynowy. Minęliśmy się w wąskich uliczkach, odruchowo rozchodząc się na boki.

Wyprawa do faweli daje duży ogląd na życie w Brazylii. Na własne oczy zobaczyliśmy to, co wcześniej znane nam było z filmów w rodzaju „Miasto Boga” czy bardziej współczesnych „Elitarnych”. Zwiedzając tylko turystyczną część Rio można wyjechać z miasta z zupełnie innym jego obrazem. Dopiero wizyta w slumsach, nieodłącznie wpisanych w krajobraz społeczny Brazylii przypomina, że błyskawiczny rozwój gospodarczy tego kraju, oparty na turystyce, kawie i górnictwie, dotyczy tylko części społeczeństwa.

 

Wracając z daleka…

W pierwszych dniach po powrocie do Polski spotkaliśmy się ponownie w naszym ulubionym pubie. Zgodnie stwierdziliśmy, że trzy tygodnie między szóstym a dwudziestym ósmym sierpnia 2010 były najlepszymi wakacjami naszego dotychczasowego życia. Gdy znajomi pytali, co utkwiło nam w pamięci najbardziej, ciężko było się zdecydować. Każdy dzień spędzony w tak egzotycznym dla nas kraju i w tak egzotycznych warunkach był dla nas wyjątkowy, niezależnie od tego, czy leżeliśmy w hamaku opędzając się od komarów, czy nurkowaliśmy w przejrzystej wodzie na Fernando de Noronha, czy zwiedzaliśmy Rio w słonecznym skwarze. Warto jednak pamiętać, że Brazylia to nie tylko piłka nożna, rajskie widoki, dzika przyroda i modernistyczna architektura Oscara Niemayera, a wielkie, olśniewające latynoską atmosferą metropolie mają też swoje drugie, mroczne oblicze.

 


028.jpg